21-29.09.2012 - rykowisko w Rumunii

Przed laty Rumunia była sąsiadem Polski, a nazwy takie jak Huculszczyzna czy Bukowina były na południu Polski w powszechnym użyciu. Współcześnie jesteśmy w zjednoczonej części Europy, a dotarcie do Rumunii nie stwarza większych trudności.
Przygotowania do polowania w Rumuni trwały długo, bardzo trudno trafić na wiarygodnego organizatora. Z Tonim Torokiem spotkaliśmy się na Targach w Dortmundzie.
Już po powrocie do domu otrzymaliśmy kilka propozycji. Z oferowanych obwodów łowieckich wybraliśmy Watra Dornei. W rzeczywistości miasto Watra Dornei było tylko miejscem wyznaczonym do spotkania z organizatorem.
Watra Dornei to znany w Rumunii kurort typu naszego Zakopanego. Optymalny termin rykowiska w tym rejonie Rumunii to druga połowa września.

Tuż przed wyjazdem otrzymaliśmy namiary na Pana Gheorghe Botosana, który zajmuje się organizacją polowania w Dyrekcji Lasów Państwowych w Suczawie, w rumuńskim języku Directia Silvica Suceava. Na zaproszeniu wskazano nam przejście graniczne w Petea, to ważne z uwagi na fakt, że Rumunia jeszcze nie jest w Schengen i trzeba rejestrować broń na przejściu granicznym. Czynność ta nie jest uciążliwa i zabiera kilka minut czasu.
Na miejsce spotkania wyznaczyliśmy miejscowość Mateszalka, na drodze z Nyiregyhaza w kierunku miasta Vasarosnemeny, dalej droga nr 49 prowadzi do granicy.
Koledzy Jurek, Adam i Piotr zrobili sobie przerwę w Tokaju i stamtąd dojechali do Mateszalki. Jan i Tadeusz byli kilka dni wcześniej na południu Węgier i rankiem 21 września do Mateszalki dojechali z Oroshaza. Byliśmy punktualni i na granicę dotarliśmy razem zgodnie z planem, a rejestracja broni trwała faktycznie kilka minut i w drogę.

Jazda po Rumunii jest pełna wrażeń. Pojechaliśmy z Satu Mare do Baja Mare, a później wybraliśmy trasę równoległą do granicy z Ukrainą. Mieliśmy przed sobą prawie cały dzień, więc mogliśmy pozwolić sobie na eksperymenty. Samochody też były odpowiednie do trudniejszych warunków. Z przerwą na obiad gdzieś tam w górach w okolicy miasteczka dotarliśmy do Iacobeni. Tam zorientowaliśmy się, że nie potrzebujemy dojechać do Warta Dornei i po porozumieniu telefonicznym z oczekującym nas tam Gyorgiu Botosanem wyznaczyliśmy nowe miejsce spotkania na skrzyżowaniu dróg. Stamtąd już z nim pokonaliśmy ostatnie 150 km na północ do Brodiny i dalej do Falcau.
Była to sobota wieczór, trzeba było bardzo ostrożnie omijać przebywających na drodze ludzi, we wsiach trwały sobotnie uroczystości, wesela, zabawy wiejskie. Dużo świętujących, bardzo schludnie ubranych młodych ludzi.

Kwatera myśliwska położna w lesie nad bystrym potokiem, właściwie rzeczką.
Budowla pochodzi z czasów Causecu. Przywódca korzystał z niej w czasie polowań. Bardzo przyzwoity standard i co bardzo ważne, kuchnia i urzędująca w niej Pani kucharka Eleni wskazywały, że nie będziemy przymierać głodem. Byliśmy zaopatrzeni w prowiant z domu, co okazało się zupełnie niepotrzebne. Miłym zaskoczeniem była możliwość porozumienia się. W użyciu są różne języki. Bliskość Ukrainy powoduje, że ludzie znają ten język, a nawet uczą się go w szkole. Kilka osób mówiło po niemiecku i angielsku.

Mieliśmy zaplanowane 6 wyjść, z możliwością przedłużenia pobytu.
Pierwsze polowanie ranne, dało nam możliwość prawie pełnego zapoznania się z łowiskami. Trzy osoby polują w „Ocdul silvic” Brodina, jedna w Falcu. Niestety nie trafiliśmy na najlepszy czas rykowiska. Byki ryczą słabo, a wysokie góry wymagają dobrej kondycji. Łowiska są bardzo dobrze przygotowane, są wysokie zwyżki i ambony, wygrabione ścieżki podchodowe ciągną się po stokówkach wiele kilometrów. Nie jest łatwo.

Jaś z Tadeuszem zostali na noc w domku u Marii i Vasila w przysiółku Calelet i tam zlokalizowali rankiem drugiego dnia kilka ryczących byków na przeciwległych stokach. Odległość była zbyt duża, żeby myśleć o podchodzie.
Za namową Jasia, Jurek wybrał się tam z podprowadzającym Nicolae i przeżył wszystko, co można w czasie rykowiska zobaczyć. Byki ryczały, walczyły pomiędzy sobą i co najważniejsze, odniósł pełny łowiecki sukces.

Jurek wrócił z bykiem nad ranem i relacjonował to tak:
„W drugi dzień polowania dostałem propozycje pojechania moim autem terenowym w odleglejsze łowisko. Z przyjemnością pojechałem, uznając ten wyjazd za relaks po trzech ciężkich wyjściach w górskim terenie. Auto sprawdziło się w akcji i wyjechaliśmy na połoninę góry, byliśmy już nad lasami na pastwiskach. Do podziwiania były piękne panoramy Karpat, więcej nie oczekiwałem. Spacerkiem po pastwiskach, z Browningiem 300 WSM na ramieniu i w kompanii dwóch podprowadzających idziemy jednak nasłuchiwać jeleni. Moje sceptyczne nastawienie przerywa ryk dwóch byków w dolinie pod nami. Są oddalone od siebie o kilka kilometrów. Schodzimy w dol. Na granicy łąk i lasów słyszymy te same byki, ale są już od siebie ok kilometra. Schodzimy lasem i dochodzi do nas trzask wieńców - jelenie się spotkały i walczą! Ich zmagania trwają kilka dobrych minut, w tym czasie dochodzę do krawędzi uskoku, poniżej którego słychać byki.
Zajmuję stanowisko obok drzewa stojącego nad samym urwiskiem, stukot ustaje, szukam wzrokiem jeleni. Widzę już tylko jednego powoli uchodzącego w las. Mierzę, widzę z góry tylko grzbiet i wieniec. Mam kilka sekund bo zaraz wejdzie w las. Strzelam, repetuję, ale byka już nie ma. Oczekujemy kwadrans, zapada zmrok, idziemy i jest, leży kilkanaście metrów od skraju lasu. Nigdy wcześniej tak szybko nie strzelałem od momentu złożenia się. Już wtedy wiedziałem, jak rzadką szanse daje mi Święty Hubert, po dotychczasowych forsownych, ale bezowocnych wyjściach nas czterech. Potem zejście po nocy w dolinę i wyjazd innym autem. I tam jeszcze byliśmy ugoszczeni przez górali żyjących na tej połoninie czym chata bogata! Dziękuję im za to.