Zimowe polowanie w Koriacji


Kolejny dzień. Na polowanie już drugi raz udaje się tylko ekipa 2 plus 1, czyli Karol na sankach z Lochą na skuterze oraz Eduard na skuterze solo. To jest skład, który swoim sprzętem obsługiwał Premiera Putina i Prezydenta Miedwiedewa podczas ich pobytu na Kamczatce w tym roku.
Skuter Lochy to Polaris z dwucylindrowym silnikiem Bombardier o mocy ponad 120 KM.
Eduard ma swojego Polarisa o mniejszej mocy, ale jest to skuter lżejszy i o tej porze znacznie sprawniejszy na mniejszym i puszystym śniegu.
Pojechali..... warkot był słychać tylko przez kilka minut. Te skutery poruszają się bardzo cicho w odróżnieniu od rosyjskiego Burana, którego używa traper Sława.
Burana słychać z kilku kilometrów. Sława nie zamierza zmieniać sprzętu. Buran ma jedną bardzo istotną zaletę dla Sławy. Pod siedzeniem są „zapczasti” i zestaw narzędzi. Każdą usterkę można samemu usunąć. Sława poluje na sobole w pojedynkę i jest zdany tylko na siebie przez cały sezon, aż do marca. Ma 59 lat, żona zmarła rok temu na raka. Ma wcześniejszą emeryturę bo pracował w geologii. Zdrowie mu dopisuje i robi to co lubi, pomaga córce i dwójce wnuków. Liczy na upolowanie 100 do 120 soboli w tym sezonie. Skórkę sprzedaje po dwa i pół tysiąca rubli za sztukę. Sam mówi, że nie jest żle. Ma mieszkanie w Tigil, ale teraz, jak nie ma żony to niechętnie do niego zagląda. Woli pojechać na „Święto Pasących Jelenie”, czyli Koriackie Święto Hodowców Reniferów, tam pobyć tydzień i znów wrócić nad Sidiankę do swojej izbuszki. Tu zawsze jest co robić. Towarzystwa co prawda mało, czasami niedźwiedź go zaskoczy, ale do tego już przywykł.
Drzwi do izbuszki noszą do dziś ślady pazurów, „wot jest czto to spomnit”!
Teraz już ma radiostację, więc jest lepiej, może wieczorami z kolegami pogadać. Locha i Misza polują na sobole razem, w oddalonym o 40 km od Sławy obozie też nad Sidianką.
Obie ekipy dysponują telefonem satelitarnym z którego możemy tez korzystać.
Późnym popołudniem wrócił Karol z swoimi PH. Zachowywał się trochę niespokojnie, nie strzelił łosia. To był ostatni dzień polowania. Trochę nieswój wchodził i wychodził, my tez byliśmy smutni. Bo taki szmat drogi i tyle wysiłku …. Kolejny raz wrócił do izbuszki i rozpoczął tak jak zwykle to robił : „wiecie, co wam powiem, to wam powiem, mam dla was niespodziankę”... pod ręką miał duży karton ze spiżarki pod plandeką. Byliśmy przekonani, że znalazł karton z butelkami wódki lub piwa. Od kilku dni już brakowało tych produktów.
On jednak otwiera karton a w nim … łeb niedżwiedzia. I zaczęła się opowieść:
Kiedy dzień wcześniej po siedmiu godzinach jazdy w purdze - ciągle padającym śniegu nie widziałem ani jednego tropu łosia, wracając do izbuszki nad Sidianką, zobaczyłem świeży ślad niedźwiedzia nie spodziewałem się co mnie spotka następnego dnia.
Jadąc na ostatnie polowanie spoglądałem z obawą na nadciągające chmury. Jeśli zacznie purżyć, szanse na spotkanie świeżych tropów łosi będą nikłe i niestety tak się stało.
Po 2 godzinach jazdy najechaliśmy na trop misia z dnia poprzedniego.
Po krótkiej dyskusji Locha z Eduardem zdecydowali się podjechać po tropie jakieś 150 - 200 metrów. Tam trop zaczął się rozchodzić - to był znak że byliśmy blisko gawry.
Nie dość że się rozchodził to był jeszcze nowy, świeży mimo padającego śniegu.
Szybka wymiana spojrzeń pomiędzy nimi była dla mnie bardzo czytelna. Byliśmy na tropie dużego niedźwiedzia i to bardzo blisko. Pierwszy zobaczył go Locha, niedźwiedź był w wysokich zaroślach, podniósł się - zrobił drabinę i wtedy się zaczęło. Skutery ruszyły.
Krótkie zdanie od Eduarda „oruże, krupnyj miedwied” to nie żarty. Kolejne 200 metrów skutery jechały równolegle jakieś 60-80 m od siebie i było dla nas jasne, że rozdrażniony niedźwiedź jest gdzieś niewidoczny miedzy nami. Wjazd na małą polanę wśród gęstej zaśnieżonej tajgi odsłonił niedźwiedzia, widzę pędzącego misia, zsiadam z sań i oddaję strzał. Ruszamy dalej. Po chwili, sytuacja się powtarza. Padają dwa strzały, niedźwiedź wbiega za kępę wysokiej kosodrzewiny. Eduard krzyczy idź, idź za nim. Brodząc w śniegu po kolana podchodzę na 20m, niedźwiedź się odwraca w pełni okazując swoją złość, oddaję kolejne dwa strzały. Jak wcześniej mówiłem „ Dla mnie jeśli tylko zrobię zdjęcia ten wyjazd będzie udany, ale najważniejszy jest niedźwiedź”
Spełniło się moje największe marzenie łowieckie. Okoliczności, których sobie nawet w snach nie wyobrażałem, nawet w najśmielszych myślach.
Oczywiście Eduard po udanym polowaniu wyjął swoją chłodnicę z antyfristem, ale nie nalał drugiego stakańczyka mówiąc, że jeszcze za wcześnie i zostawia resztę na łosia.
Powrót do Esso zaplanowaliśmy na poniedziałek. Czy helikopter przyleci czy nie zależy tylko od pogody na przełęczach. Czekaliśmy spakowani od rana, informacje z satelity były obiecujące i około jedenastej, znacznie szybciej niż się tego spodziewaliśmy usłyszeliśmy warkot MI-8. Locha i Misza pojechali szybko na lądowisko i po chwili maszyna przerzuciła ich skutery i sanie na drugą stronę Sidanki. W tym samym czasie i my dotarliśmy do lądowiska.
Zabraliśmy z sobą trofea, z nami poleciał do Esso również Edward wraz ze swoim sprzętem.
Helikopter doładowano mięsem. Chwila na pożegnanie ze Sławą, Miszą i Aloszą, start i w drogę do Esso. Lot powrotny był pełen emocji. Z uwagi na mgły, maszyna leciała bardzo nisko nad tundrą i tajgą, dosłownie prześlizgiwała się nad przełęczami by w chwilę potem obniżać się nad rzeki. Było to wyszukiwanie obszarów gdzie nie było mgły, piloci znają swój fach doskonale. Po godzinie byliśmy w Esso a z lądowiska do pensjonatu było niedaleko. Z kąpieli w hotelowym basenie termalnym skorzystaliśmy chętnie. Wieczorem zwiedziliśmy muzeum. Następny dzień rozpoczęliśmy od załadunku trofeów na dach mikrobusu a potem to już tylko jazda do Pietropawłowska Kamczackiego. Dziesięciogodzinna podroż nie była nudna. Do momentu zapadnięcia zmroku było na co popatrzeć. Kamczatka jest piękna. Kolacja w małej miejscowości Milkovo a potem już noc i droga w śniegu i zamieci. W połowie drogi, tuż za Milkovem dopadła nas purga, to już zima na Kamczatce. Ostatnią dobę spędziliśmy w hotelu w Elezovie. Lot do Moskwy był mocno opóźniony. Robert miał 3 kg nadbagażu. Ceregiele z dopłatą trwały ponad godzinę. Problem rozwiązała pani kasjerka wymieniając prywatnie dolary na ruble.
Poważnym mankamentem linii Aerofłot jest zakaz podawania napojów alkoholowych. Całe szczęście, że nie oznacza to zakazu spożywania tychże. Buteleczka koniaku czy puszka piwa, „przemycona” na pokład uprzyjemnia dziesięciogodzinny lot nad północną Syberią. Ścigaliśmy dzień, pogoda pozwalała oglądać z góry bezkresy porośnięte tajgą i ogromne rzeki Syberii.

→ wyprawa na Kamczatkę - powrót