Rykowisko w Rumunii

Jurek wrócił z bykiem nad ranem i relacjonował to tak:
„W drugi dzień polowania dostałem propozycje pojechania moim autem terenowym w odleglejsze łowisko. Z przyjemnością pojechałem, uznając ten wyjazd za relaks po trzech ciężkich wyjściach w górskim terenie. Auto sprawdziło się w akcji i wyjechaliśmy na połoninę góry, byliśmy już nad lasami na pastwiskach. Do podziwiania były piękne panoramy Karpat, więcej nie oczekiwałem. Spacerkiem po pastwiskach, z Browningiem 300 WSM na ramieniu i w kompanii dwóch podprowadzających idziemy jednak nasłuchiwać jeleni. Moje sceptyczne nastawienie przerywa ryk dwóch byków w dolinie pod nami. Są oddalone od siebie o kilka kilometrów. Schodzimy w dol. Na granicy łąk i lasów słyszymy te same byki, ale są już od siebie ok kilometra. Schodzimy lasem i dochodzi do nas trzask wieńców - jelenie się spotkały i walczą! Ich zmagania trwają kilka dobrych minut, w tym czasie dochodzę do krawędzi uskoku, poniżej którego słychać byki.

Zajmuję stanowisko obok drzewa stojącego nad samym urwiskiem, stukot ustaje, szukam wzrokiem jeleni. Widzę już tylko jednego powoli uchodzącego w las. Mierzę, widzę z góry tylko grzbiet i wieniec. Mam kilka sekund bo zaraz wejdzie w las. Strzelam, repetuję, ale byka już nie ma. Oczekujemy kwadrans, zapada zmrok, idziemy i jest, leży kilkanaście metrów od skraju lasu. Nigdy wcześniej tak szybko nie strzelałem od momentu złożenia się. Już wtedy wiedziałem, jak rzadką szanse daje mi Święty Hubert, po dotychczasowych forsownych, ale bezowocnych wyjściach nas czterech. Potem zejście po nocy w dolinę i wyjazd innym autem. I tam jeszcze byliśmy ugoszczeni przez górali żyjących na tej połoninie czym chata bogata! Dziękuję im za to.”

Piotr miał wiele okazji posłuchać ryczące byki, ale nie doszło do spotkania. Szybko milkły, a podejść chmarę w takiej sytuacji to raczej przypadek i trzeba mieć dużo szczęścia.
Po porannym wyjściu do lasu zostaliśmy zaproszeni przez Gheorghe do jego domu w Brodinie. Gheorghe, przez przyjaciół zwany Duduc lub Jurko, miał w tym tygodniu wielkie święto z okazji przejścia na emeryturę. Wiązało się to z codziennym biesiadowaniem, za kołnierz nie wylewał. Tak było i tym razem. Gdzieś około godziny dziesiątej, siadł za kierownicę swojej Dacii i ruszyliśmy wzdłuż rzeki w dół, by później w górę głównego nurtu dojechać do Brodiny. Gheorghe jechał sam a my podążaliśmy za nim. Jako, że droga prowadziła w dół szybkość rosła z każdą minutą. Kamienisty trakt , świeżo wysypany tłuczniem nie był zbyt bezpieczny. Na kolejnym zakręcie Duduc nie opanował kierownicy i Dacia dosłownie wyskoczyła przez kamienny wał i z hukiem wylądowała w potoku kilkanaście metrów niżej. Duduc miał tym razem dużo szczęścia, mocno zdenerwowany próbował ruszyć i wydostać się na brzeg. Maszyna jednak uległa poważnym uszkodzeniom i w końcu dał za wygraną. Samochód został w rzece, a my pojechaliśmy dalej do Brodiny. W domu czekała na nas żona Jurka i w obszernej, zadaszonej werandzie rozpoczęło się ucztowanie i degustacja różnych trunków.
Co chwilka ktoś wpadał niespodziewanie i przyłączał się do świętowania. Byliśmy dodatkową atrakcją „Duducowego” świętowania. Późnym popołudniem wróciliśmy na kwaterę i niezwłocznie udaliśmy się na wieczorne polowanie.
Adaś był bardzo umordowany, trafiła mu się chyba najtrudniejsza część łowiska w Ocdul Brodina. Szeroki potok z niewielką ilością wody i podejścia z koryta w górę w wybranych przez podprowadzającego miejscach.
W drugim dniu sformułował taką myśl: „już myślałem, że po zbiorówce na wilki na Słowacji w zimie, nic ze strony Jasia nie spotka mnie trudniejszego, a jednak bardzo się pomyliłem”.
Kilka lat temu polowali wspólnie na Słowacji w Lasach Państwowych na wilki.
Było to polowanie w górach koło Medzilaborców, na wschodzie Słowacji. Siarczysty mróz i bardzo długie i forsowne podejście na stanowiska. Adaś wylosował ostatnie czy przedostanie stanowisko i dotarł na miejsce po godzinnym podejściu. Jak doszedł na wskazane przez rozprowadzającego miejsce był u kresu sił. Chciał załadować sztucer, ale torba z amunicją odjechała po śniegu w dół i nie był w stanie jej wyciągnąć. W tym momencie usłyszał strzały niedaleko. Przekonany, że to koledzy strzelają do watahy wilków, a on z pustymi lufami siedzi jak kołek, trwał w bezruchu. Jakież było jego zaskoczenie, gdy zamiast watahy wilków ujrzał ruszającą tuż obok linię naganki, która strzałami miała wypłoszyć drapieżców.
Marsz na wymarzone stanowisko był więc daremny.