Zimowe polowanie w Koriacji

Robert relacjonował później:
Najpierw zgubiłem futerał z mojego Łosia - kaliber 308 win, potem nie mogłem zamknąć zamka z powodu śniegu po czym miałem pierwszą okazję oddać strzał do pędzącego łosia ale nic nie widziałem z powodu zaparowanych okularów. Szalony pościg skuterem SKI o pojemności 1300 ccm, sanie mkną w powietrzu, istne igranie ze śmiercią. Podjeżdżamy kolejny raz do tego samego byka, na dobrą odległość ale znowu nic nie wiedzę z powodu zaparowanych okularów. Moje emocje i nerwy nie ułatwiają zadania. To nie koniec, Locha (Aleksander) wściekł się i pognał po tropie dalej.
Chciałem krzyczeć, że się poddaje i kończę polowanie i w ogóle mam tego pościgu już dosyć. Zmarznięte ręce na kość, rękawiczki też po drodze gdzieś zgubiłem. W dłoniach broń parzyła mrozem. Nogi wpięte w wiązania sań, aż strach pomyśleć co by się stało gdybym wypadł z sań przy tej prędkości. Locha nie patrzył się za siebie, w życiu nie miałem tego typu emocji.
Po ponad dwugodzinnej jeździe zrezygnowali, byk przeszedł za rzekę i tam już był bezpieczny. Rzeka nie była jeszcze zamarznięta i skuter musiał zawrócić. Oba teamy wróciły do duetu Edward & DJ po wielu godzinach. Pozyskany byk był już przygotowany do przetransportowania do obozu. Droga powrotna zabrała nam chyba ze dwie godziny. Tundra w pełni księżyca wygląda pięknie i groźnie. Mróz tym razem był konkretny, na termometrze - 28 stopni C. To dopiero początek zimy.
Świętowanie udanego dnia było krótkie, wszyscy oprócz Czesława i Miszy byli mocno umordowani. Misza złowił dwa mikirze /pstrągi tęczowe/ które „pożarił” i była doskonała zakąska.
DJ uszkodził nogę, nie ma złamania ale stłuczenie kości goleniowej, ogromna opuchlizna a to oznaczało dla niego zakończenie jazd na sankach za skuterem.
W piątek w tundrę wyjechały dwie ekipy, Karol z Lochą i Robert z Eduardem. Na trop trafili szybko, niedaleko od obozu. W dwa skutery szybko dopadli byka i tym razem Robert strzelił dobrego łosia.
A było tak, opowiadał Robert:
Pojechałem z Lochą, Karolem i Edwardem. Było podobnie jak dzień wcześniej. Spokojnie jadąc, trafiamy w pewnym momencie na trop łosia. Oni wiedzą kiedy ślad jest tropem łosia spokojnie uchodzącego a kiedy jest tropem uciekającego. Emocje rosły szybko, byłem z innym bagażem doświadczeń z dnia poprzedniego, miałem też inną broń, Tikka po DJ-u.
Z zamkiem nie było problemów. Niesamowite, jak ten majestatyczny zwierz biegnie przez tajgę. Strzeliłem raz i trafiłem, chyba dostał w badyl. Wpadłem po pachy do śniegu i zostałem w tajdze sam. Edward pognał dalej samotnie. Za jakiś czas podjechał drugi skuter, Locha z Karolem, zabrali mnie pojechaliśmy po śladach. Byk leżał pod brzoza, dostrzeliłem go szybko. Dopiero po długiej chwili to wszystko dotarło do mnie. Zdjęcia, gratulacje chciałem zadzwonić podzielić się radością, to jednak nie było możliwe.
W dwie godziny od wyjazdu było po wszystkim; patroszenie, pieczenie łosiej giczy na otwartym ogniu, surowa wątróbka i po kieliszeczku wódki z „chłodnicy Eduarda”.
Mróz zelżał, tundra i tajga kąpały się w słońcu. To nie była odwilż a tylko dzienne ocieplenie do - 10 stopni C. Pogoda na Kamczatce jest bardzo zmienna. Wieczorem sypało śniegiem. W obozie trwały cały dzień prace z mięsem. Czesław złowił cztery mikirze, a Misza „pożarił” w kamczackim stylu. Menu Miszy to smaczne specjały: jajecznica na kalmarach, dożo owoców i warzyw, wszystko dobrze przyprawione, mięso z foki i z morsa na zagrychę, sardynki których nie da się tak dobrych kupić u nas, grillowana polędwica i doskonały stek z łosia. Misza jest zawodowym kucharzem z piątym stopniem specjalności. Nie pracuje w zawodzie, rzucił tą pracę i od kilku lat poluje. Na polowaniach i „rybałce” jest głównym kucharzem. Goście zza oceanu bardzo go chwalą, a amerykanie lubią dobrze zjeść.
Miewał tez wpadki zaopatrzeniowe.
Pewnego razu polecieli z ekipą amerykanów na „rybałkę”. Dziesięć dni na rzece Sidiance. Helikopter zostawił ich na Kanskich Oziorach w górze rzeki i odleciał a kucharz został bez mięsa i bez chleba. Wydzielał po 2 tuszonki na dzień, była kasza, ryż, marchew i ziemniaki. Ryb nie brakowało, na Sidiance łowi się do stu sztuk ryby dużej dziennie na wędkarza. Na początku to amerykanów bawiło, po tygodniu już się tylko słabo uśmiechali. Złożyli reklamacje na kucharza i uzyskali zniżkę w opłacie. Wyprawę jednak opisali bardzo ciepło i pozytywnie.
Team, którego jesteśmy gośćmi przyjmuje rocznie nawet do dwunastu sześcioosobowych grup wędkarzy. Siomgę i czawyczę /łososiowate/ łowi się od połowy września. Najlepsze połowy są na rzekach Kvaczina i Sopocznaja. Na innych rzekach też jest dobrze, ale na tych dwóch najlepiej.
W niedzielny ranek, Misza upomina Sławę: zaliej stancju - smotri, dochnie ona !! to znaczy dolej benzyny do agregatu bo przestanie pracować. W obozie są dwa małe agregaty prądotwórcze i pracują na zmianę. To jest ogromny komfort. Jest też bania, można „zażigat ogoń” codziennie. To jednak nie jest takie oczywiste bo bania pełni też inne role, bywa że jest sypialnią, tam przechowuje się elementy tusz łosi które nie powinny zamarznąć, tam również preparuje się wstępnie trofea. Korzystaliśmy z banii tylko jeden raz i było bardzo dobrze. Toalety w obozie to niezbyt chlubna rzeczywistość, po prostu każdy wybiera sobie jakiś krzaczek. Najczęściej jest to na samym brzegu rzeki i jak śnieg i lód odpuszczą to wykonują sprzątanie. Sława miał wiosna przygodę z niedźwiedziem którego zaciekawił zapach i podszedł go niepostrzeżenie od tyłu. Pewnie znacznie przyśpieszył tym czynność fizjologiczna trapera.

Kolejny dzień. Na polowanie już drugi raz udaje się tylko ekipa 2 plus 1, czyli Karol na sankach z Lochą na skuterze oraz Eduard na skuterze solo. To jest skład, który swoim sprzętem obsługiwał Premiera Putina i Prezydenta Miedwiedewa podczas ich pobytu na Kamczatce w tym roku. Skuter Lochy to Polaris z dwucylindrowym silnikiem Bombardier o mocy ponad 120 KM. Eduard ma swojego Polarisa o mniejszej mocy, ale jest to skuter lżejszy i o tej porze znacznie sprawniejszy na mniejszym i puszystym śniegu.