Zimowe polowanie w Koriacji

Cały nasz obóz to izbuszka a gospodarzem jest Sława, 59 letni „ochotnik” z Tigila.
Będziemy polować z czterema PH; czyli Wiaczesław /Sława/ zwany traperem, Alosza czyli Locha, Eduard i Misza, ten ostatni jest w „cywilu” zawodowym kucharzem. Alosza i Eduard to inżynierowie, jeden leśnik drugi mechanik.
Do dyspozycji jest 5 śniegachodów. Dwa amerykańskie, japońskie Kawaskami i dwa rosyjskie Burany, z czego jeden jest magazynem części zapasowych i nie jeżdzi. Nazajutrz mamy w planie zapoznanie się z techniką polowania i z okolicą. Jest pół metra śniegu i mróz -15 stopni C. Warunki nie najlepsze zdaniem trapera. Śniegu „małowato i sniegachodam tiażeło”.
Pierwszy dzień to rekonesans po tundrze i tajdze, śladów i tropów łosi niewiele, okolica surowa i piękna. Dodatkowa trudność to brak możliwości pokonania rzeki, żeby popolować na jej drugim brzegu. Zaliczyliśmy kilka upadków z narty - czyli z sanek. Skala trudności dla nas wysoka. Nasi przewodnicy, to najwyższa półka na Kamczatce, każde ich działanie to profesjonalizm najwyższego lotu. Powoli zaczynamy się wzajemnie akceptować i wieczorem jest już miło i wesoło. Opowieści do późnej nocy. My zajęliśmy główną część izbuszki, gospodarz Słava, wraz z Lochą, Eduardem i Miszą śpią w przybudówce. W obu pomieszczeniach jest żelazny piecyk na środku, w nocy jest więc parówa. W przybudówce rozpuścił się lód na dachu i w środku trochę sauna. Powieszone pod sufitem wiadra zabezpieczają śpiących w miarę skutecznie.
Kuchnia - królestwo Miszy pracuje doskonale, na śniadanie jajecznica z kalmarami, kawa, mleczko. Lodówka pod plandekami na podwórku pełna, niczego nie brakuje. Prawdę powiedziawszy nie spodziewaliśmy się tego. I jeszcze spiżarnia rybna w nieopodal płynącej rzeczce Sidiance.
Wtorek był szczęśliwy dla DJ, piękny „pietuch” - kamienny głuszec, rzadko spotykane trofeum. Jechali na końcu z Miszą i poderwali trzy koguty. Po strzale, jednego z nich odnalazła łajka i zagłosiła. Również Czesław miał szczęście, kura spod sniegachoda na którym jechał Robert podleciała na pobliskie drzewo i spokojnie przyglądała się. Robert miał tylko sztucer, podjeżdża drugi skuter, Misza chce strzelać ale Czesław spokojnie odbiera jednolufkę z jego rąk i oddaje celny strzał.
Kolejny dzień polowania rozpoczęliśmy jadąc przez tajgę w cztery skutery. Pierwsza para to Locha z Czesławem, potem Eduard z Robertem, DJ z Miszą i Karol z traperem Sławą na końcu. Po godzinie wpadamy na tropy kilku łosi. To te same tropy na które trafiliśmy w dniu poprzednim, ale już było późno i wtedy zrezygnowaliśmy. Mróz trzymał tęgo - 20 stopni C, szybkość jazdy rosła w miarę tego jak trop stawał się świeższy. Zjazd lekko w dół, kolumna rozprysła się wokół dolinki i Czesław pierwszy oddaje strzały, później robią to również pozostali. Krowa z cielakiem uchodzi bokiem a dwa byki zostają w ogniu. Strzałów padło ze dwadzieścia a może i więcej. Jeden byk Czesława drugi Roberta.
Emocji sporo a potem dużo pracy, do wieczora. Część ekipy poluje dalej, wieczorem spotykamy się w izbuszcze i świętujemy do późnej nocy. Robert otrzymuje propozycje dalszego polowania na mocniejszego łosia, ten którego pozyskał jest młody i ma zbyt słabe trofeum. Polujemy z broni wypożyczonej od naszych rosyjskich przyjaciół. Do dyspozycji mamy dwa Dragunovy z pełno-płaszczową amunicją, jeden rosyjski sztucer Łoś kaliber 308 Winchester i Tikka w kalibrze 9,3.
W kolejnych dniach polowania, rosną nasze możliwości, jesteśmy coraz sprawniejsi w poruszaniu się w parach. Upadki z sań są jednak bardzo częste. Zatrzymanie skutera wołaniem jest raczej mało prawdopodobne, gwizdy są skuteczniejsze, ale zamarznięte twarze utrudniają sprawę. Czesław opatentował sygnał podczas wywrotki tak zwane UUUUUU...... bo nie umie gwizdać. Nasi myśliwi stawiają też coraz większe wymagania, przede wszystkim rośnie szybkość jazdy w poszukiwaniu tropów po tundrze i w brzozowej tajdze. Ryzyko wypadku rośnie znacząco.

Późnym wieczorem łajki wdały się w głośne utarczki i w ruch poszły kły. Misza chciał rozdzielić strony i został mocno poszkodowany. Ma bolesne uszkodzenia dłoni i nie może prowadzić skutera. Trzeba było się nie wtrącać. Koledzy mieli dużo pretensji do Miszy, ponieważ rany były duże i głębokie a to stawiało pod znakiem zapytania dalsze polowanie na sobole w tym sezonie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Medyczna pomoc Karola była decydująca i zapobiegła infekcji.
W czwartek 18 listopada pojechaliśmy w trzy pary. W izbuszcze został Czesław z rannym Miszą. Pojechaliśmy bardzo daleko. Duża „sopka” została z prawej strony, tundra przestała nas interesować, wjechaliśmy w tajgę, która przed laty się spaliła. Spod śniegu sterczały stare kikuty spalonych brzóz a nowa tajga już zacierała ślady pożaru. Śnieg był trochę głębszy. Głębokość pokrywy śnieżnej sięgała 60 cm, niezmrożony biały puch. Skutery głęboko znaczyły swoje przejście. Trop dwóch „krupnych” byków trochę zaskoczył swoją świeżością myśliwych. Dotychczasowy szyk skuterów i sanek załamał się, pomknęły chyżo, zachowując kierunek tropienia.
Eduard z DJ-em jako pierwsi dopadli oba byki, biegły spokojnie z nisko opuszczonymi łopatami. Padły strzały, jeden byk odbił w prawo a skuter z duetem Edward & DJ pozostał na jego tropie. Szybkość z jaką poruszał się skuter i niebezpieczeństwo wywrotki przy 50 km/godz. pomiędzy brzozami równoważyły szanse. Ktoś z tego pościgu może wyjdzie cało.
Kolejne strzały i tym razem ogromny łoś kamczacki, ważący około 900 kg legł w tajdze.
Dwa pozostałe teamy nie dały rady. Karol oddał strzał, niestety, strzelec strzela a Pan Bóg kule nosi. Trop w biegu przejęła druga dwójka, czyli Locha i Robert.